Byłem wtedy w Katyniu...

Opowiada uczestnik pamiętnych obchodów w Lesie Katyńskim, poseł Andrzej Adamczyk.

 

Pociąg specjalny, w skład którego udało się dołączyć wagony z grupą parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, wynajęte zostały przez nas zamiast autobusu, gdy zdecydowaliśmy się na tę swoistą pielgrzymkę do Katynia. Pociąg wyruszył z Warszawskiego Dworca Zachodniego w piątek o godzinie 10.15. Po długiej peregrynacji, o godzinie 4.00 nad ranem czasu warszawskiego, czyli o 6.00 moskiewskiego, przyjechaliśmy do Smoleńska. Zastaliśmy tam zimny poranek i czyste niebieskie niebo – podkreślam czyste, niebieskie niebo. Wsiedliśmy w autokaru i przejechaliśmy do restauracji, w której organizator naszego przedsięwzięcia, opiekun naszej grupy poselsko-senatorskiej, zorganizował nam śniadanie. Siedząc tam, oczekiwaliśmy na rozpoczęcie uroczystości, które według planu miały się rozpocząć w południe. Spędzaliśmy czas na wspominaniu oficerów, którzy oddali życie w Katyniu, szczególnie oficerów pochodzących z okręgów wyborczych naszych kolegów posłów i senatorów; ja także byłem wyposażony w listę osób związanych z Ziemią Krzeszowicką, którzy zostali zamordowani w Katyniu.

Przyjechaliśmy do Katynia, po drodze odwiedzając dworzec kolejowy, na którym byli wysadzani polscy oficerowie i z którego byli wywożeni ciężarówkami do lasu, gdzie zostali rozstrzelani. Kiedy jechaliśmy tym pociągiem, kiedy tam dojeżdżaliśmy, próbowałem sobie wyobrazić, co oni czuli, gdy ich tam wieziono...

 Po wizycie na dworcu udaliśmy się na miejsce Memoriału, do Lasku Katyńskiego, i tam, na godzinę przed rozpoczęciem uroczystości, rozproszyliśmy się, jak inni, jak członkowie Rodzin Katyńskich, jak wszyscy, którzy przybyli na tę smutną, 70. rocznicę mordu katyńskiego. Odwiedzaliśmy tzw. doły śmierci oraz groby rozstrzelanych oficerów. Doły śmierci to kilka zbiorowych grobów,  przykryte płytami stalowymi, które dają wyobrażenie o wielkości tego dołu śmierci. Po ekshumacji szczątki zostały złożone w zbiorowych mogiłach, których zarysy podobnie są zaznaczone. Rozeszliśmy się po Memoriale, każdy indywidualnie oddawał się refleksji i zadumie. Szukałem tablic żeliwnych z nazwiskami oficerów. Udało mi się sfotografować większość, chociażby na potrzeby Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Krzeszowickiej, i  mieszkańców Krzeszowic.

Gdy odszukiwałem tablice oficerów, wspominałem warunki, w jakich ci oficerowie jechali do Katynia, wspominałem relacje śp. Mieczysława Brody, mieszkańca Krzeszowic, przedwojennego absolwenta Akademii Górniczej, bodaj z 1932 roku, których słuchałem będąc dzieckiem. Mieczysław Broda brał udział w kampanii wrześniowej, jako oficer został internowany przez Sowietów we Lwowie. Jak sam opowiadał, kiedy z miejsca internowania, jakiegoś kina, w którym stłoczono polskich oficerów, zabrano ich pociągiem w kierunku północno-wschodnim, wiedział jedno: że musi z tego transportu uciec. Był przekonany, że uciekł z transportu katyńskiego, wiedział to już w 1943 roku, gdy odczytał opublikowaną przez Niemców listę katyńską, znalazł na niej nazwiska swoich kolegów, z którymi jechał tym pociągiem. Gdy byłem dzieckiem, opowiadał ze szczegółami o martyrologii, o tym, co towarzyszyło polskim oficerom. Trudno było o tym nie pamiętać, nie wyobrażać sobie, stojąc przed tablicami z nazwiskami oficerów.

Pan Mieczysław Broda przed wojną pracował w spółce, która eksploatowała tory między Krakowem a Katowicami. Był kolejarzem. Dzięki temu wiedział, kiedy pociąg zwolni, i wykorzystał nieuwagę chroniącego pociąg oficera NKWD i uciekł z pociągu, gdy ten zwolnił. To opowiadanie słyszałem wielokrotnie. Pan Broda, przyjaciel moich rodziców, opowiadał mi to zapewne, dlatego, że chciał, abym je zapamiętał na całe życie. Te opowieści pozwoliły mi odtworzyć klimat, który panował w katyńskich transportach.

I gdy tak stałem przed tablicami, gdy odszukiwałem nazwiska z listy, otrzymywałem sms-y z biura parlamentarnego. Taki jest zwyczaj w naszym biurze parlamentarnym, że gdy się dzieje coś szczególnego, wysyłane są sms-y z informacją. 

Pierwszy nadszedł o 9.23 czasu polskiego: samolot z prezydentem miał problemy z lądowaniem w Smoleńsku. Kartka z listą w jednej ręce, w drugiej komórka, odczytuję wiadomość, myślę: uroczystość się opóźni, znowu coś się popsuło. Potem był kolejny sms: według wstępnych informacji samolot z prezydentem się rozbił. Pomyślałem coś takiego: co się stało!? Powiedziałem to do jednej osoby, zauważyłem, że inni robili to samo. Pozostali parlamentarzyści zaczęli dostawać takie same sms-y. Zaczęło się robić przerażająco cicho. Ludzie zaczęli zatrzymywać się, skupiać w małych grupkach. Otrzymaliśmy kolejnego sms-a: samolot prezydencki spadł i zapalił się. Służby podejmują próbę wydobycia pasażerów. Ale wtedy byłem jeszcze przekonany, że pasażerowie przeżyli, że nastąpiło jakieś nieudane lądowanie. Próba wydobycia pasażerów nie brzmi tak źle. A potem kolejna wiadomość: prawdopodobnie w wyniku wypadku zginęło 87 osób.

Nie będę Państwu opowiadał, co było dalej, bo to sami wiecie. Nie będę opowiadał, co człowiek czuje w takiej chwili…

Pytanie, co z prezydentem, przecież to niemożliwe, że zginął prezydent…

Później refleksja – kto jeszcze był na pokładzie samolotu. 87 osób. Najgorsze było to, co mi się jeszcze nie zdarzyło: co piętnaście minut dowiadywałem się o kolejnej osobie.

Dopóki Poseł Małgorzata Sadurska nie otrzymała e-maila z listą, co było już ok. 22.00, gdy wracaliśmy pociągiem, nie wiedzieliśmy, kto był na pokładzie. Niektórzy z kolegów nie odbierali telefonów. Z Arkadiuszem Mularczykiem mieliśmy jak najgorsze przeczucia. Kiedy dowiedzieliśmy się, że leciał Zbigniew Wassermann, padło pytanie, kto jeszcze? Co kilkanaście minut jedno nazwisko albo dwa. Co mogłem czuć, gdy się dowiedziałem, że zginęła kobieta, z którą byłem umówiony na poniedziałek, z którą łączyła mnie przyjaźń, więcej niż znajomość? Dobre relacje z pięć lat w parlamencie. Co mogłem czuć, gdy się dowiedziałem, że zginął Krzysztof Putra, Marszałek Sejmu, z którym każde spotkanie na korytarzu połączone było z klepnięciem w ramię i pytaniem: co słychać w Krzeszowicach, z lekkim przekąsem; zawsze odpowiadałem: na pewno lepiej niż w Suwałkach czy w Augustowie, czy w Białymstoku. Ale zawsze interesował się Krzeszowicami, obiecał sobie, że tu przyjedzie. Zawsze powtarzał: ja jestem prostym człowiekiem; rozumiałem to: normalnym człowiekiem. Można się było śmiać z niego, bo być może nie miał nawyków, ale serce miał wielkie.

Dowiadujemy się o kolejnych nazwiskach, dowiadujemy się o panu ministrze Mercie, którego zaprosiłem do Krzeszowic w imieniu księdza proboszcza w Krzeszowicach i przeora z Czernej. Cieszyłem się, że wiceminister kultury zobaczy Krzeszowice...

Co czujesz, gdy słyszysz kolejną informację, że nie ma kolejnego człowieka, a masz świadomość, ze może ich być tak wielu...? 

Potem była msza święta, pewnie widzieliście w telewizji, później ambasada, później bardzo szybki powrót. Decyzja komendanta pociągu – ponieważ jechała kompania reprezentacyjna, wojskowa orkiestra, chór, uznano, że kierownikiem pociągu będzie oficer – który wydał polecenie natychmiastowego wyjazdu. Mieliśmy jeszcze zaplanowane spotkania z Polakami mieszkającymi w Obwodzie Smoleńskim, w Rosji, kolację, dopiero potem wyjazd – wyjechaliśmy natychmiast, z poleceniem jak najszybszego opuszczenia terytorium Rosji.

Przyjechaliśmy do Warszawy przed ósmą rano w niedzielę, pojechaliśmy z grupą koleżanek i kolegów do pałacu prezydenckiego z wieńcem, który złożyliśmy w kaplicy w pałacu prezydenckim, zapaliliśmy znicze. Potem udaliśmy się do Sejmu, gdzie odprawiona została msza św.

  Byłem wśród tych, którzy witali prezydenta w pałacu. Tam odbyła się prywatna część uroczystości żałobnych z udziałem najbliższej rodziny i grupy parlamentarzystów. Krótka msza święta i po niej, w minorowych nastrojach, powróciliśmy do domów... Kolejne dni i tygodnie również utkwią w pamięci do końca życia. Najpierw przygotowania do pogrzebu Pary Prezydenckiej w Krakowie i uczestnictwo w uroczystościach żałobnych, potem zaś obecność w kilkunastu miejscach w Polsce podczas pogrzebów swoich bliskich koleżanek i kolegów.

KP PiS      Baner reklamowy      Baner reklamowy      Baner reklamowy